W nocy nie słychać było wesela, łóżko było bardzo wygodne, gorąca woda pod prysznicem-czego chcieć wiecej aby wypoczac? Dobrego śniadania :) poszliśmy powtórnie do hotelowej restauracji na dachu. Tym razem wzięłam set brakfast czyli gotowane jajka, sałatka z ziemniaków na ciepło, bułkę z drzewem i herbatę z cytryna. Taki duży zestaw tylko za 120 rupii. Byliśmy na śniadaniu prawie sami, dlatego obsługa szybko i sprawnie przynosiła nam kolejne zamówienia. Pi 11tej rozdzielilismy sie-Ariel, Daniel i ja pojechaliśmy do Lotus Temple, a Pasha i Misza zostali w sklepach. Umówiliśmy sie na 13ta pod Amber Fort. Podobnie jak w Bankoku-odległości na mapie nie maja wiele wspólnego z rzeczywistością w terenie. Przyjechaliśmy sie z przesiadkami metrem-które na pewnych odcinkach jechało po powierzchni. Następnie na Moolchank wzięliśmy tuk-tuka za 150 rupii w obie strony. Mimo bardzo słabej znajomosci angielskiego udało nam sie dogadać z kierowca, aby zawiózł nas i poczekał kwadrans, a następnie odwiozl na stacje Metra. Jechaliśmy dobry kawałek, nawet widziałam ze dwa biurowce, które zrekompensowaly Indiom moje wrażenie o byciu najlepiej rozwijającym sie krajem swiata w 2012 roku. Okazało sie, ze jeszcze bliżej mieliśmy stacje metra, ale nie była ona oznaczone na mapie Lonely Planet. Tysiące osób wybrało sie do Świątyni, bo był piątek. Grupy szkolne, osoby prywatne. I znów powtarzał sie schemat robienia zdjęć Hindusom lub pozowania im przez chłopaków. Piękne pola zielone i Lotus, na którym wzorowany sie twórcy opery w Sydney. Zdążyliśmy w ciagu kwadransa zostawić buty w szatni, zrobic zdjecia przed wejściem i musieliśmy wracać. Perspektywa stania w długiej kolejce domwejsciw nie była bowiem zachęcająca. Kierowca tuk-tuka czekał na nas przy wyjściu i inna droga zawiózł do metra. Tam znów procedura bramek bezpieczeństwa i przesiadek. Były juz godziny szczytu, więc na większych przesiadkowych stacjach na peronach stali strażnicy i pilnowalinszybkiego wyjścia lub tarasowali przejście. We wszystkich składach pierwszy wagon to wagon tylko dla kobiet. Nawet jeden z pasażerów zatroszczyć sie o mnie i zaproponował, abym tam przeszła, bo jest tam wiecej miejsca i nikt nie bedzie na mnie napieral. Na Old New Dehli stacji wzięliśmy nożna riksze za 50 rupii i pojechaliśmy pod Amber Fort. Byliśmy juz bowiem bardzo spoznieni. Wejście do Fortu to bilet za 250 rupii, całość przypomina oczywiście Fort w Agrze, ktory był wzorowany na tym z Dehli. Podobnie jak w krakowskich sukiennicach w pasażu znajdują sie liczne sklepy i każdy chce nas czymś zainteresować. Juz po pierwszym ogladzie wynikało, ze cenna o wiele nizsże niż w innych miejscach. Pogoda nie sprzyjała opalania-było bardzo duszno i parno, ale przynajmniej odpoczelismy chwile na zielonej trawie. Dalsza cześć zwiedzania starego Dehli obejmowała świątynie-niestety, w piątek nie mogliśmy do niej wejść, meczet i rynek z przyprawami. Do meczetu tez był kawałek, ale przeszliśmy go pomiędzy warsztatami samochodowymi i rzemieslniczymi. Podobna dzielnica jak w Bankoku złota świątynia. Tam okazało sie, że chłopcy muszą wypozyczyc chusty zakrywajace nogi oraz ze opłata za aparat wynosi 300 rupii. Warto było jednak wejść i zobaczyć budowle od wewnętrzn, a także widok na Amber Fort, rozciagajacy sie przez jedna z bram. Było juz dosyć późno, a my byliśmy w niedoczasie :( szybkim krokiem udalismy sie najpierw na rynek ozdób slubnych, gdzie bogactwo kolorów nie szło z jakością wyrobów. Dla mnie wszystko było bardzo kiczowate. Udało nam sie znaleźć także rynek przypraw, gdzie ceny były oblednie niskie. Gdybym nie miała pełnego plecaka na pewno bym coś jeszcze kupiła, a tak zostałam przy zielonym kardamonie-60 rupii za 100 gram, nerkowcach, daktylach (razem 100 rupii za 100 gram każde). Pięknie wyglądały worki z kolorowymi przyprawami, zapachy rozciagajace sie na całej ulicy. Nie omieszkalam spróbować pakory z pobliskiej budki-2 za 20 rupii. Tego ulicznego jedzenia, podobnie jak z Tajlandii, bedzie mi brakować. Kupiłam także placki do odgrzania na patelni. Nogi bolała nas juz przeokrutnie, zaczynało zmierzchac, do tego padać, więc udalismy sie do Metra i za całe 8 rupii przejechalismy 2 stacje do New Dehli. Był to nasz ostatni wieczór, więc tez ostatnie zakupy w sklepie z kolczykami-po 50 lub 100 rupii, przyprawami i herbata-przyprawy po 60 rupii za 100 gram, herbaty po 80 w ladnych opakowaniach i odzieżowym-za 300 rupii kupilam bawelniane spodnium na lato. I chwile przed 19ta zjawilismy sie w restauracji na dachu. Nasza rezerwacja była zajęta, ale udało sie obsłudze przeprosić panie i przesadzić je w inne miejsce. Bardzo zachęcająco wyglądał palący sie półmisek z mięsem i warzywami, więc zamówilam taki sam i oczywiście piwo. Niestety zbierało sie na porządna ulewe, więc wzmogl sie wiatr, ale na szczęście byli przygotowani na taka okoliczność i podali nam koce. Półmisek nie tylko wyglądał imponująco, ale także tak spakowal. 2 rodzaje mięsa, frytki domowej roboty i gotowane warzywa. Niebo w gębie tylko za 250 rupii. Smialismy sie, ze najbardziej nam smakowalo jedzenie nieindyjskie w knajpach prowadzonej przez Chinczykow. Tak zakonczylismy oficjalnie nasza wyprawę. Wzniesieniem toastu na dachu. Właściciele zalowali, ze nie zostajemy dłużej i ze nie rezerwujemy stolika na kolejny wieczór. Na pewno dla nich był to dobry zarobek.
Poszliśmy jeszcze do naszego bossa rozliczyć sie za nocleg. Dobrze, ze miałam numer rezerwacji i kwotę do zapłaty. Bo oczywiście nic nie sprawdził w swoich zapisach, na podstawie moich cyfr sie rozliczylismy i jeszcze dowiedzieliśmy sie, ze zakwaterowal nas w lepszym miejscu niż zapłaciliśmy. To fakt, ale nie był to nasz problem, ze nie miał dla nas pokoi jak przyjechaliśmy. Dwójka wyniosła 350 rupii od osoby za 2 doby, a jedynka 540 rupii. Teraz pozostało tylko, a może aż sie spakować. Nie moglam w nocy spac, gdyz albo sluszalam bawiacych sie samochodzikami ludzi, albo awanture i lamentujaca kobiete, a nastepnie po polnocy zaczal lac deszcz, ktory bil o metalowy dach kolo mojego pokoju. Zamowilismy taksówkę na 2.20. Oczywiście nie przyjechała o czasie, więc czekaliśmy 20 mińut aż dojedzie. Tym razem była o wiele wygodniejsza niż poprzednio. Za 500 rupii dojechalismy w 30 minut na lotnisko. Jakie było moje pozytywne zdziwienie, ze mogłam zapakowac plecak w folie ochronną-300 rupii lub 6 dolarów. Do tego waga wskazywała niecałe 20 kg. Za to obsługa na lotnisku wskazywała na lata minione. Powoli, niespiesznie, ale za to najważniejsze są pieczątki. Przy kazdym stanowisku biletów-3 osoby, 2 od biletów, trzecia od bagażu. Stanowiska kontroli granicznej-2 Osoby, Przy wejściu do kontroli bezpieczeństwa- osoba sprawdzająca bilet, kilka osób przy monitorach i kontrola osobista-dla kobiet za parawanem. Po przejściu osoba wskazująca kierunek. Sklepy były juz otwarte, więc zrobiłam ostatnie zakupy-kawę i napoje na drogę. Niestety, nie było indyjskiego piwa. Miłym zaskoczeniem były punkty ładowania telefonów komórkowych sponsorowane przez Airtel. W związku z tym, ze mieliśmy opóźnienie, telefon naśladowal sie w dużym stopniu. Nawet w toalecie pani sprzatajaca podawała ręczniki papierowe po umyciu rak. Bosrding był opóźniony i znów osoba sprawdzające bilet, ewidencja osób, ewidencja pieczatki przy bagazu podrecznym, w rękawie, przed samym wejściem do samolotu osoba sprawdzające paszport i osobna osoba od biletu. Nareszcie znaleźliśmy sie w środku. Dostałam miejsce w ostatnim rzędzie. Bardzo tego nie lubię, bo rzuca, ale nie miałam wyjścia. Samolot był pełen. Szybko po starcie zapadlam w sen i tylko budziła mnie obsługa na posiłek. Tym razem klimatyzacja była ustawiona właściwie i nie zmarzlam. Problemy zaczęły sie nad Moskwa. Mieliśmy opóźnienie i to spore, do tego mgła uniemożliwiające ladowanie. Obsługa nie umiała nam odpowiedzieć na pytanie czy samolot do Warszawy bedzie na nas czekał, a wręcz wstrzymała przesuwanie sie do przodu samolotu, aby szybko wyjść. Rozpoczął sie bieg z przeszkodami w postaci licznych bramek, mimo transferu. Pierwsza jako kontrola biletow. tam podano nam zla bramke. zamiast 6 otrzymalismy wpis 23. kontrola paszportowa, sprawdzenie pieczątki i postawienie nowej, kontrola bezpieczeństwa, przejście z terminalu F na D to dobrych kilkanaście minut szybkim tempem lub biegiem. A z każda minuta zmniejszala sie szansa na lot do Warszawy. Dobrze, ze ogłaszają przez Megafon zmiany, bo będąc juz przy 20 bramce na D dowiedziałam sie oczekują ostatnich pasażerów do Warszawy przy bramce 6. Zima w pelńi w Moskwie, na szczęście tylko kawałek był do przejścia z terminalu do autobusu, którym podjechalismy do samolotu.